Końcowe podsumowanie

Autor: O.K.

poprzednia część

Uff. Wreszcie wymęczyliśmy ten nieszczęsny wykład do końca. I co tu powiedzieć? To jest po prostu totalna KOMPROMITACJA Majewskiego, pokazująca, że o tematyce historycznych okoliczności narodzin Jezusa nie ma on bladego pojęcia. Nie tylko zresztą on, ale zdecydowana większość liberalnych i modernistycznych biblistów, w tym także „autorytety” księży profesorów, na których Majewski się powołuje. I jeszcze pół biedy by było, gdyby Majewski, nie znając w pełni tematu, opierając się na takich czy innych opracowaniach, przedstawiał, że w takim czy innym punkcie ewangelii dzieciństwa są trudności, i podawał przynajmniej próby ich rozwiązania (nie zawsze najlepsze) czynione przez niektórych egzegetów. Tylko że Majewski, w swej bezczelności, z góry te próby odrzuca i usiłuje czynić wrażenie, że on wie wszystko, że (niemal) cała opowieść o Bożym Narodzeniu to bajki. A guzik tam wie! To właśnie Majewski opowiada bajki, wymyślone przez racjonalistyczną krytykę prostackie mity o ewangeliach dzieciństwa, które są niestety powszechne w biblistycznych opracowaniach. Sztuczne problemy, na które można spokojnie zaproponować sensowne rozwiązania i pozornie tylko zasadne argumenty przeciwko historyczności, które można z łatwością obalić. Lepiej już, jeśli się na czymś nie zna (bo nikt nie zna się na wszystkim, to normalne) darować sobie temat, niż się po prostu kompromitować.

Patrząc właśnie na wszystkie te „argumenty” przeciwko wysuwane przez modernistów, które referuje Majewski, można dostrzec, że sprowadzają się one niemal wyłącznie do argumentów z milczenia, że o wydarzeniach, o których pisze jeden z Ewangelistów, nie pisze drugi oraz Józef Flawiusz. A także na wmawianej fałszywej dychotomii między historycznością opowieści i jej przesłaniem teologicznym. Że albo jedno, albo drugie i nie można było obu tych aspektów łączyć. I nawet nie tyle ateistycznym, ile zupełnie idiotycznym przekonaniu, wmawianym pokoleniom współczesnych „postępowych” egzegetów, że jeśli jakiś tekst biblijny pisze o wypełnieniu się jakiegoś proroctwa, to musi to być wydarzenie zmyślone przez autora biblijnego. No bo przecież Boga nie ma i nie ma także prawdziwych proroctw, przewidywania przyszłości! A to, że, niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, autor biblijny może powiązać jakieś rzeczywiste zdarzenie z takim czy innym proroctwem biblijnym, uznać je za wypełnienie się tegoż proroctwa (czy słusznie, czy nie, to kwestia na inną dyskusję), to już się tym mądralom nie mieści w głowie. Ot metody racjonalistycznej, postępowej, modernistycznej pseudokrytyki.

Natomiast nieuprzedzona, rzetelna krytyka i badania pokazują zupełnie co innego. Nauki historyczne jasno wskazują, że przebieg wydarzeń z dziejów odtwarzany jest z wielu relacji, w których powszechnie występują elementy milczenia. Tzn. jedne źródła nie wspominają o istotnych elementach, które uzupełniają inne relacje i vice versa. Co do relacji Ewangelistów i dlaczego relacjonują oni różne wydarzenia, dzisiaj wiemy coraz więcej o sposobie redakcji Ewangelii, ich strukturze, powiązaniach intertekstualnych oraz roli, jakie pełnią ewangelie dzieciństwa w całościowej opowieści w danej ewangelii. I obecnie ewidentne jest, że zarówno w Ewangelii Mateusza, jak i Łukasza ewangelie dzieciństwa były obecne od samego początku. Nie są żadnymi późniejszymi dodatkami, jak twierdzi jeden z modernistycznych mitów. A wiele wskazuje na to, że mogą być one starsze niż rzekomo (według kolejnego mitu modernistów) napisana jako pierwsza Ewangelia Marka bez opisu dzieciństwa Jezusa. Chrześcijanie zapewne znali historię narodzin Chrystusa od samego początku, z relacji samej Maryi. Natomiast struktura i różne cele obydwu Ewangelistów sprawiały, że żaden z nich nie zamieścił pełnej historii Bożego Narodzenia, a tylko wybrane wydarzenia, które uwidaczniały przesłanie danej Ewangelii. Z tego też powodu Mateusz Ewangelista wybiera tylko pięć epizodów powiązanych z pięcioma proroctwami. A Łukasz Ewangelista, operujący innym schematem (paralelizm dzieciństwa Jezusa i Jana Chrzciciela), jak się wydaje, celowo pomija wydarzenia opisane przez Mateusza. Które ponadto były dla niego z powodów politycznych niewygodne. I podobnie Józef Flawiusz, wyznawca judaizmu, a nie chrześcijaństwa, który jednak zdecydował się kolaborować z Rzymianami. On też miał swoje cele i swoją wizję pisania historii, adresowaną dla czytelników pogańskich. W której wydarzenia związane z narodzinami Chrystusa po prostu się nie mieściły. Józefowi Flawiuszowi, wystarczało dla rzetelności historyka zamieścić jedynie krótką wzmiankę o Jezusie (tym właśnie jakimś tam Chrystusie, którego czczą chrześcijanie) i Jego działalności (słynne Testimonium Flavianum). Mógł uznać Go za mądrego nauczyciela, nawet i świętego męża (jakich w historii Izraela było wielu), który został z oskarżenia elity żydowskiej (Flawiusz nie mówi, o co Jezusa oskarżono!) stracony z wyroku Piłata. I może nawet ów święty mąż został po trzech dniach wskrzeszony przez Boga i ukazał się uczniom -ale nic więcej! To my dzisiaj, raczeni współczesną bajkową wizją Bożego Narodzenia, nie rozumiemy, jak w tamtych czasach bardzo niepoprawna politycznie była ta opowieść (szczególnie wydarzenia przytaczane przez Mateusza) i że te wydarzenia (Gwiazda, Magowie ze Wschodu wrogiego Rzymowi, pretensje do tronu Izraela) mogły być odbierane zupełnie inaczej,niż nam się to wydaje! Ale Majewski i wszyscy inni moderniści, liberalni postępowi bibliści, zdają się kompletnie nie rozumieć ówczesnego kontekstu historycznego -albo świadomie go ignorują.

Tak samo z kolejnymi kwestiami. Ci ludzie, mam wrażenie, są chyba zupełnie niedouczeni w podstawowych sprawach. Albo (bo wielu, szczególnie dawnym, najbardziej wpływowym liberalnym i modernistycznym egzegetom nieznajomości źródeł bym nie zarzucał) świadomie to wypierają. Po kolei. Weźmy spis ludności, ów spis Kwiryniusza. Racjonaliści i moderniści wmawiają, że żadnego spisu za Heroda Wielkiego w Judei nie było. To ja im pokazuję, rekonstruując wydarzenia z dobrze znanych wzmianek Józefa Flawiusza, Oktawiana Augusta, Tacyta, Swetoniusza, Tertuliana i Pawła Orozjusza, że prawdopodobnie spis jak najbardziej się odbył. Racjonaliści dziwią się, dlaczego według Łukasza Józef i Maryja musieli udać się do Betlejem, twierdzą, że to bez sensu. To ja im pokazuję na podstawie najbardziej elementarnych przepisów Tory o dziedziczeniu ziemi, że to jak najbardziej ma sens. Dalej rzeź niewiniątek. Racjonaliści twierdzą, że rzezi nie było, bo żadne źródło niezależne od Ewangelii Mateusza jej nie potwierdza. To ja znajduję pół tuzina wzmianek mogących stanowić potencjalnie niezależne od Ewangelii Mateusza potwierdzenie rzezi niewiniątek. Itd. Nie dość, że racjonaliści i moderniści są uprzedzeni, to są jeszcze na ogół po prostu leniwi. Nie chce im się szperać w źródłach i poszukiwać tych wszystkich wzmianek, bo oni wszystko z góry wiedzą! Łatwiej jest po prostu bezmyślnie przepisywać utrwalone banialuki ze standardowych komentarzy biblijnych, niż samemu sprawdzić źródła, czy rzeczywiście stwierdzają to, co podają niby autorytatywne współczesne opracowania. I czy nie dałoby się dodać do nich coś więcej. A już mity o Gwieździe Betlejemskiej to w ogóle. Tu poziom zupełnego nieuctwa i mitomanii wśród biblistów jest przerażający!

Bibliści (nie tylko moderniści!) i historycy klasycznej starożytności w przeważającej większości (poza garstką chwalebnych wyjątków!) nie mają bowiem zwykle zielonego pojęcia o historii astronomii. I tematykę traktują niezwykle zabobonnie. Wykazując kompletną ignorancję na temat tego, jak wyglądały zapiski astronomiczne w starożytności, wydaje im się wielkim problemem, że rzekomo nikt w starożytności poza Ewangelią Mateusza nie odnotował tak wspaniałego zjawiska astronomicznego, jak Gwiazda Betlejemska -mimo iż (choć rzadko to przekonanie jest wyrażane wprost) powinno to być powszechnie wzmiankowane w historycznych kronikach. To kolejny mit, który racjonaliści i moderniści mają podświadomie z tyłu głowy. Rzeczywistość okazuje się zupełnie inna, bo raz nie mamy żadnych systematycznych starożytnych zapisków o zjawiskach astronomicznych poza chińskimi, a dwa, chińskie zapiski zawierają wzmianki o obiekcie lub obiektach (komety lub gwiazdy nowe z 5 i 4 r. p.n.e.), z których każdy MOŻE (co nie znaczy, że musi!) być właśnie naszą Gwiazdą Betlejemską (oczywiście starożytni Chińczycy o samym istnieniu Izraela najprawdopodobniej nie mieli pojęcia, a co dopiero o proroctwie o Królu Żydowskim, toteż nie zwrócili na te obiekty jakiejś szczególnej uwagi). Kolejnym mitem jest to, że komety były uniwersalnie uważane w starożytności za znak nieszczęścia. Dokładna analiza źródeł historycznych wskazuje jednak, że wcale tak zawsze nie było, istniały różne interpretacje. I kometa, szczególnie na Wschodzie (przypadki króla Pontu Mitrydatesa VI, powstanie bar Kochby) mogła jak najbardziej być zinterpretowana jako znak narodzin czy pojawienia się wielkiego władcy. Racjonaliści, moderniści i liberalni bibliści próbują wyszydzić opis zachowania się Gwiazdy Betlejemskiej w Ewangelii Mateusza. Że jest nierealny albo że musi implikować zjawisko cudowne. Toteż pokazuję im na konkretnych przykładach, że fragment ten, jego wyrażenia, jak najbardziej mają odpowiedniki w innych starożytnych opisach zjawisk astronomicznych. I że ta narracja nie tylko może relacjonować rzeczywiste zjawisko na niebie (właściwie dowolne), ale jak najbardziej ma sens z punktu widzenia technik literackich (niedopowiedzeń, sugestii, celowych skrótów, dwuznaczności opisu, budowania znaczeń alegorycznych i typicznych) zastosowanych w Ewangelii Mateusza. Coś, co bibliści powinni dobrze wiedzieć (ale jak widać, różnie z tym bywa).

Moderniści i w ogóle bibliści (nawet wierzący) i historycy mają w ogóle jakiś przesądny strach przed traktowaniem Gwiazdy Betlejemskiej jako realnego, naturalnego zjawiska astronomicznego. Patrz choćby ten wykład Marcina Majewskiego, rozmaite wywiady i wykłady Łukasza Niesiołowskiego Spano z Uniwersytetu Warszawskiego (patrz artykuł „Łukasz Niesiołowski-Spano bredzi o Bożym Narodzeniu” na naszym portalu, link), czy Romana Zająca, biblisty z katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który w swojej książce co prawda powypisywał masę niedorzeczności na temat Gwiazdy Betlejemskiej (patrz jej recenzja „Trzej Królowie, ignorancja i plagiat (recenzja)”, link), ale w jej istnienie, jak i Magów ze Wschodu jednak przynajmniej wierzy. Podobnie dość niedorzeczne uwagi na temat astronomicznej natury Gwiazdy w skądinąd wartościowym artykule ks. prof. Marka Starowieyskiego, „Gwiazda Betlejemska w świetle apokryfów”, Warszawskie Studia Teologiczne Numer specjalny 2017, 26-56, link. Bibliści i historycy, mam wrażenie, boją się przyczepiania im łatki „nienaukowych”, wierzących w zjawiska, które są niezgodne z dzisiejszą wiedzą naukową. Stąd albo negowanie opowieści o Gwieździe, albo w przypadku wierzących, ucieczka w nieweryfikowalność, łamiącą wszelkie reguły cudowność (Gwiazda widoczna tylko dla garstki Magów, a nie dla reszty świata). Tymczasem, w moim odczuciu, pogląd o realnym istnieniu Gwiazdy Betlejemskiej cieszy się znacznie większym poparciem wśród astronomów, niż wśród biblistów! Także tych niewierzących (Mark Kidger, pracujący w Europejskiej Agencji Kosmicznej, autor książki The Star of Bethlehem An Astronomer's View, Princeton University Press 1999, deklaruje się jako agnostyk, patrz np. wywiad dla podcastu Premier Unbelievable link). No chyba, że któryś jest Żydem, którego irytuje, że w planetarium, w którym pracuje, w okresie bożonarodzeniowym wyświetlane są seanse o Gwieździe Betlejemskiej… Niebo nie kłamie, jedynie co najwyżej sprawia pozory. Dlatego też jakoś astronomowie dużo swobodniej podchodzą do problemu Gwiazdy Betlejemskiej. Zwykle astronomowie, zamiast negować przekaz, starają się wysunąć propozycje jakichś pasujących rozwiązań (niekoniecznie trzymając się ściśle litery tekstu, będąc otwartymi na różne interpretacje). A wśród humanistów, biblistów i historyków, to jakoś podejście zupełnie inne; przekonanie, że wszyscy kłamią, manipulują, zmyślają, wszyscy się podlizują możnym, wszyscy uprawiają propagandę… Choć jak pokazaliśmy, twierdzenia, że zmyślano władcom i wielkim postaciom jakieś cudowne gwiazdy podczas ich narodzin, to kolejny mit racjonalistycznej propagandy. Starożytne źródła historyczne po prostu tego nie potwierdzają.

Z punktu widzenia historii astronomii Gwiazda Betlejemska nie jest zresztą jakimś szczególnie wyjątkowym i anomalnym przypadkiem (kolejny mit racjonalistów i modernistów). Raczej stanowi dość typowy przykład starożytnej relacji o obserwacji jakichś zjawisk na niebie. Które to zjawiska opisywane są w inny sposób, innymi wyrażeniami, niż jesteśmy dzisiaj przyzwyczajeni, operując pojęciami współczesnej astronomii (niezależnie od stopnia ich zrozumienia). Podobnych starożytnych (i późniejszych) relacji o obiektach astronomicznych jest mnóstwo (niektóre przykłady podaliśmy: Kometa Cezara, komety Mitrydatesa, supernowe z lat 185 i 393), choć należy podkreślić, że każdy przypadek jest indywidualny, na swój sposób wyjątkowy i ma swoje specyficzne problemy, z którymi trzeba się zmierzyć. I ludzie się z nimi mierzą i proponują jakieś konkretne pozytywne rozwiązania. A analiza chińskich zapisków o zjawiskach niebieskich jest jeszcze bardziej skomplikowana (ze względu na specyfikę języka chińskiego, gdzie każde wyrażenie trzeba interpretować wedle kontekstu) niż napisanej w języku greckim relacji Ewangelii Mateusza o Gwieździe Betlejemskiej i jej zachowaniu.

W Polsce ludzie prezentujący racjonalistyczne, czy modernistyczne postawy, chwalą się niby swoją światowością i postępowością, negując istnienie Gwiazdy Betlejemskiej i Magów ze Wschodu. Tymczasem na zlaicyzowanym Zachodzie, nawet racjonaliści powoli odchodzą od całkowitego negowania tej opowieści. Racjonalista David Collins, autor książki The Star of Bethlehem, Amberley Publishing 2012, choć podchodzi sceptycznie do tej opowieści, to jednak uważa, że można ją zredukować do przekazywanego w tradycji pierwszych chrześcijan stwierdzenia, że podczas narodzin Jezusa w 5 r. p.n.e. na niebie widać było kometę. Podobnie w Barthel & Kooten mamy przedstawionych wiele propozycji pośrednich pomiędzy całkowitym odrzuceniem opowiadania Ewangelii Mateusza a całkowitym jej przyjęciem jako literalnej prawdy (co moim zdaniem jest jak najbardziej historycznie i astronomicznie uzasadnione). Michael Molnar sugerował, że nawet jeśli sama historia wizyty Magów w Betlejem byłaby zmyślona, to ktoś z pierwszych chrześcijan mógł na podstawie prawdziwej daty narodzin Jezusa obliczyć horoskop (jak on samemu to zrobił), który został zinterpretowany na podstawie reguł starożytnej astrologii (ustalonych a priori według podręczników astrologicznych, a nie dostosowanych post factum!) jako zapowiedź narodzin Króla Żydowskiego. My w Polsce jednak jak zwykle jesteśmy zapóźnieni w stosunku do dyskusji, jakie toczą się na Zachodzie, gdzie wysuwane są nowe kreatywne perspektywy.

Historii Bożego Narodzenia racjonaliści i moderniści zarzucają, że nie jest ona potwierdzona przez źródła z epoki, czyli właściwie chodzi jedynie o Józefa Flawiusza. Tymczasem, jak pokazaliśmy, bardzo wiele wskazówek można znaleźć w dziełach późnoantycznych autorów (piszących ok. 400 r.) opierających się na wcześniejszych, dla nas już zaginionych źródłach. W pismach Makrobiusza, Hieronima, Orozjusza, Leona Wielkiego, Pseudo-Hegezypa i innych, także Orygenesa czy wczesnych apokryfach (jak Protoewangelia Jakuba) znajduje się bogactwo cennych informacji historycznych, tylko trzeba je odszukać i umieć odczytać. Tylko moderniści zapatrzeni we własne jedynie słuszne poglądy, to zupełnie ignorują, próbując narzucić swój obowiązujący punkt widzenia. Większość biblistów, jak łatwo można dostrzec, ma niewielkie pojęcie choćby o dziełach Ojców Kościoła i zawartych tam chrześcijańskich tradycjach. Na ogół, jak już muszą cytować jakieś ustępy patrystyczne, robią to, jak się wydaje, za standardowymi opracowaniami, nawet nie sprawdzając bezpośrednio tekstów źródłowych! Ot szkodliwy efekt protestanckiej liberalnej egzegezy biblijnej (przejętej później przez katolicki modernizm), pogardzającej późniejszymi przekazami Tradycji, jako zwykłymi ludzkimi wymysłami. Która nie dostrzegała historycznej ciągłości, jaka istnieje między nimi a przekazem biblijnym.

Te przekazy w źródłach klasycznych były znane od dawien dawna. Gdy czyta się książki Johannesa Keplera sprzed 400 lat o narodzinach Chrystusa, to uderza, że dyskutuje on dokładnie te same problemy, co i my, używając dokładnie tych samych źródeł. Tak samo rozważa on tam takie zagadnienia, jak spis Kwiryniusza (w tym znaczenie wzmianki Tertuliana, że spis przeprowadził Sencjusz Saturninus), datowanie zaćmienia Księżyca przed śmiercią Heroda Wielkiego, tak samo odwołuje się do wzmianek Makrobiusza, Orozjusza, do relacji Justynusa o kometach Mitrydatesa itd. Właściwie nie czuć różnicy, czy książka została napisana na początku XVII, czy XXI wieku. Kepler ponadto jak widzimy, w przeciwieństwie do współczesnych uczonych, był człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Bez problemu operował zarówno koncepcjami matematycznymi i astronomicznymi, jak i analizą starożytnych źródeł historycznych, coś, co dzisiaj jest rzadko spotykane. Podział na „dwie kultury” (tytuł słynnego wykładu C.P. Snowa z 1959 r.), humanistyczną i nauk ścisłych, nie był jeszcze w ogóle zarysowany. Kepler nie miał jeszcze chińskich zapisków astronomicznych. Katalogi chińskich zapisków astronomicznych zaczęły pojawiać się od XVIII w., jeśli nie wcześniej (patrz np. traktat francuskiego astronoma i księdza „Cométographie; ou, Traité historique et théorique des comètes” z 1783 r., skan na Internet Archive, link - na stronie 281 mamy notatki o interesujących chińskich kometach z lat 5 i 4 p.n.e.) i były stopniowo w kolejnych wiekach usprawniane (poprawiano i uzupełniano tłumaczenia, choć te akurat wzmianki o obiektach z 5 i 4 r. p.n.e. się zasadniczo nie zmieniały). No wszystko już było dostępne od wieków. Tylko jakoś tak bardzo postępowi moderniści tego nie potrafią zauważyć.

Tak samo współczesne opracowania, na których się opieram, są dzisiaj powszechnie dostępne, przynajmniej dla pracowników uczelni, a nawet studentów. Albo można je łatwo nabyć za względnie (choć cena nominalna takich monografii jak Barthel & Kooten jest 10x większa niż porównywalnej wielkości popularnych książek dostępnych w księgarniach) niewielkie pieniądze. Mniejsze niż wydatki na wyjazdy tych wszystkich profesorów na bezsensowne konferencje organizowane głównie dla celów towarzyskich. No i co? I nico! Przeżarte modernizmem wielkie akademickie „autorytety” i tak się niczego nie uczą. Po co zresztą? W dzisiejszych czasach doktorat to można sobie kupić (albo zrobić na podstawie kilku totalnie szablonowych publikacji, bez żadnej oryginalnej myśli autora), a habilitację robi się po znajomościach. Trzeba się jeszcze tylko wiedzieć, komu się podlizać, by w końcu dostać tytularnego profesora! Moderniści, tak samo, jak uczeni w Piśmie na dworze Heroda Wielkiego, wszystko mieli wyłożone na tacy! A jednak nie poszli do Betlejem, by spotkać nowo narodzonego Mesjasza! Lepiej było trwać wygodnie przy tronie Heroda...

Starożytni Grecy i być może Babilończycy w epoce hellenistycznej znali heliocentryzm. W epoce rzymskiej jednak na powrót zatriumfowała geocentryczna wizja kosmosu, z realnie istniejącymi (a nie tylko jako koncepcja teoretyczna) koncentrycznymi obracającymi się sferami, do których przytwierdzone były kolejne, epicykliczne sfery, w których obracały się planety itd. A także arystotelizm i jego przekonania. No bo przecież opierały się na oczywistościach. Że musi być środek Wszechświata, do którego dążą ciała ciężkie, że Ziemia nie może się poruszać, bo ruch jest absolutny i na pewno byłby odczuwalny, gdyby Ziemia wirowała i poruszała się z tak zawrotną prędkością itd. I tak samo współczesny biblijny modernizm usiłuje ludziom wmawiać pewne „oczywistości” w temacie ewangelii dzieciństwa. Że gwiazdy nie mogą się poruszać po niebie względem karawany Mędrców, że nie mogą stanąć nad miejscem, gdzie było Dziecię, że jak główny dziejopis historii Żydów (Józef Flawiusz) nie wspomniał o rzezi niewiniątek, albo spisie ludności za Heroda Wielkiego, tylko kolejnym 10 lat później, to na pewno tych wydarzeń nie było, że jeśli Ewangeliści Łukasz i Mateusz opisywali różne wydarzenia, to ich relacje muszą być sprzeczne, że jeśli Ewangelia Marka nie zawiera opowieści o narodzinach Jezusa, to musi być najstarsza, a opowieści u Mateusza i Łukasza to wymysły. Ludzie, mamy XXI wiek! A moderniści ciągle chcą cofnąć się do XIX w., wmawiając ludziom toporne wymysły ówczesnej racjonalistycznej niemieckiej biblistyki! Tacy niby postępowi i przedstawiający niby wyniki współczesnych wyrafinowanych badań naukowych! No szkoda gadać… W dzisiejszych czasach współczesna kosmologia rozważa rozszerzającą się dynamicznie przestrzeń Wszechświata (jako realny obiekt fizyczny) z przyspieszającą ekspansję stałą kosmologiczną (pytanie dziś rozważane, czy jest ona rzeczywiście stałą w czasie?) oraz rozważa wpływ pierwotnych fluktuacji kwantowych na obserwowaną wielkoskalową strukturę Wszechświata i efekty tych niejednorodności na dalszą jego ewolucję. I podobnie jest z zaawansowanymi rozważaniami dotyczącymi zagadnień ewangelii dzieciństwa. Natomiast ciągnąc to porównanie, moderniści ciągle chcą nas cofnąć z powrotem do geocentryzmu (jak już raz w historii tak było)!

Modernizm jest po prostu dobrą ofertą dla cwaniaków i akademickich karierowiczów. Szybką i łatwą ścieżką, by się wybić w oczach bezbożnego, miłującego grzech świata. Udawać postępowych „wierzących”, bo się zakwestionowało jakieś elementy chrześcijańskiej wiary niezgodne z pozorną „nauką”. Moderniści programowo wręcz mylą naukę ze scjentyzmem. Natomiast skrupulatnie i dokładnie badać opowieści biblijne, szukać ich potwierdzenia w zewnętrznych źródłach, próbować zrozumieć, jakie jest ich przesłanie i dlaczego można im zaufać z dzisiejszą wiedzą o świecie -o to już o wiele trudniejsze. I wymagające o wiele więcej pracy i poświęceń niż przepisanie paru stwierdzeń z równie w danej kwestii niedoinformowanych, standardowych biblijnych komentarzy. By później udawać przed publiką wybitnego znawcę tematu ze stopniem naukowym! Jak nauczał mistrz Yoda w Gwiezdnych Wojnach (Część V: Imperium kontratakuje), Ciemna strona Mocy jest „szybsza, łatwiejsza, bardziej uwodzicielska”.

(Mk 12): 38 I nauczając dalej [Jezus] mówił: «Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, 39 pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. 40 Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok».

(Łk 20): 45 Gdy cały lud się przysłuchiwał, rzekł do swoich uczniów: 46 «Strzeżcie się uczonych w Piśmie, którzy z upodobaniem chodzą w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. 47 Objadają oni domy wdów i dla pozoru długo się modlą. Ci tym surowszy dostaną wyrok».

Ewangeliści, św. Mateusz i św. Łukasz, znali rozróżnienie między płaszczyzną realistycznego opisu „co się wydarzyło” oraz płaszczyzną opisu symbolicznego, teologicznego, teorii głoszonego Zbawienia. A moderniści chcą zrobić z nich bajkopisarzy, mimo iż wszystko wskazuje na to, że opisywali oni prawdziwą historię. Żadne tam wymyślone midrasze, czy hagady, mimo pewnego zewnętrznego podobieństwa stylu. Te występują w kolejnych, apokryficznych opowieściach, od Protoewangelii Jakuba począwszy. Natomiast w kanonicznych ewangeliach przeciwnie. Zamiast rozbudowywania opowieści o nowe, fantastyczne wątki, mamy ich skracanie, enigmatyzowanie, zasłanianie otoczką swoistej mgły, budowanie niepewności, tworzenie zagadek, „co się naprawdę wydarzyło?”.

Racjonaliści i moderniści mogli sobie utrzymywać, że ewangelie dzieciństwa, to wszystko, to są bajki. Dopóki nie pojawiły się DOWODY wskazujące, że stoi za tym prawdziwa historia. Czy to w chińskich astronomicznych zapiskach, czy w tekstach Makrobiusza, czy Orozjusza i innych.

Składając wszystkie dane z tego i poprzednich opracowań można podać pewną rekonstrukcję historii wydarzeń Bożego Narodzenia, opartą na identyfikacji komety z 5 r. p.n.e. z Gwiazdą Betlejemską (ale, powtarzam, jest to założenie, a nie pewnik!). W tym samym czasie miał miejsce spis ludności, połączony z przysięgą na wierność cesarzowi Augustowi, za namiestnika Syrii Sencjusza Saturninusa, który zakończył swoją kadencję na ok. rok przed śmiercią Heroda Wielkiego w 4 r. p.n.e. (o czym wiemy z analizy dzieł Józefa Flawiusza). Po wizycie Magów miała miejsce rzeź niewiniątek (chłopców ἀπὸ διετοῦς καὶ κατωτέρω - apo dietous kai katotero - „od dwuletnich i poniżej”, czyli na nasze licząc, mających góra jeden rok i zaczynających drugi rok życia, chodzi po prostu o niemowlaki, które nie umieją jeszcze chodzić i mówić, nikt dokładnej daty urodzenia przecież nie sprawdzał!), poświadczona przez niezależne świadectwo Makrobiusza (wzięte z jakiegoś zbioru anegdot z czasów Augusta), które łączy je (nie będąc do końca świadomym rzeczywistych okoliczności) z procesem Antypatra, syna Heroda Wielkiego, który spiskował na życie ojca, i został stracony na krótko przed śmiercią Heroda. Jest to dość spójny z niemal wszystkimi danymi historycznymi scenariusz. Jedynym w zasadzie problemem jest niezgodność z na ogół przyjmowanym przypisaniem trzech datowanych monet temu, a nie innemu namiestnikowi Syrii, według tego, a nie innego schematu chronologicznego (tzn. Publiuszowi Kwinktyliuszowi Warusowi licząc lata od bitwy pod Akcjum w 31 r. p.n.e., a nie Terencjuszowi Warronowi wedle lat liczonych od bitwy pod Farsalos w 48 r. p.n.e., wówczas mielibyśmy pełną zgodność). Ale to jest problem (z którego nie zdaje sobie sprawę nawet wielu specjalistów!) dla całej chronologii wydarzeń z ostatniej dekady przed naszą erą (ze względu na niezgodność z narracją Józefa Flawiusza, takich problemów chronologicznych ze względu na niespójność źródeł jest zresztą więcej) w tym i dla dokładnej datacji narodzin Chrystusa. Wszystkich nieraz sprzecznych danych historycznych (i to wcale nie w ewangeliach!) całkiem uzgodnić się nie da. Trzeba podejmować decyzję o wyborze takiej, a nie innej interpretacji.

Z tego i innych powodów powyższy scenariusz, choć spójny z danymi historycznymi, nie należy uznawać za 100 % dowiedziony i całkowicie pewny. Nadal możliwe są wysuwane przez różnych badaczy inne rekonstrukcje historii narodzin Chrystusa, przesuwające je kilka lat wcześniej lub później, stosujące inną identyfikację Gwiazdy Betlejemskiej, inne rozwiązania co do spisu ludności itd. Pewności co do dokładnego przebiegu wydarzeń raczej nigdy mieć nie będziemy. Ale czy to źle? Bo czyż dokładna znajomość historycznych wydarzeń jest tak naprawdę potrzebna? Może właśnie o to chodziło w Ewangelii? By postawić potomnym zagadkę, by dokładny przebieg wydarzeń pozostał pewną tajemnicą, pobudzającą wyobraźnię. My tu skupiamy się na realistycznym odtworzeniu historii. Ale nie znaczy to, że fantastyczne, czy bajeczne wizje Bożego Narodzenia są złe i należy je odrzucić. One też mają swoją funkcję. Idiotyzmem byłoby się czepiać, że wspaniałe wizje malarskie narodzin Chrystusa (wiele z nich przedstawia album ks. Edwarda Stańka, „Z narodzeniem Jezusa było tak…”, Rafael 2006, popularny komentarz do ewangelii dzieciństwa) są nierealistyczne, bo bohaterowie są na nich przedstawieni w renesansowych czy barokowych strojach. Była rzeczywista historia narodzin Chrystusa, wiernie przedstawiona w Ewangelii. I są fantazyjne opowiadania o Bożym Narodzeniu. Jedno i drugie przekazuje pewną prawdę, choć na różnych płaszczyznach.

poprzednia część

Powrót do strony głównej
Powrót początku artykułu
facebook

Autor: Piotr Andryszczak
© 2007